GROMDA 25: POWRÓT DO KORZENI. SCARFACE: albo ja, albo on-rywal, czyli wiadomo kto…
– Wracam do tego, co robiłem od początku i było sprawdzone. Albo ja, albo on-rywal, czyli wiadomo kto… – mówi Sebastian SCARFACE Skiermański, jedna z największych postaci GROMDA. Wraca do małego ringu już 29 maja na gali GROMDA 25: POWRÓT DO KORZENI. Na żywo na GROMDA.tv
Powrót do korzeni, co oznacza to dla Ciebie jako doświadczonego GROMDZIARZA oraz człowieka uprawiającego sporty walki?
SCARFACE: To też moje hasło wewnętrzne, w którym się odnajduję. Teraz nie zobaczycie wersji SARFACE 2.0. Wracam do tego, co robiłem od początku i było sprawdzone. Albo ja, albo on-rywal, czyli wiadomo kto… Ma być mocno i do przodu.
W jakiej roli pojawisz się na majowej gali, może w turnieju?
Wydaje mi się, że to będzie Extra Fight. Chyba, że prezes Mariusz Grabowski zdecyduje się wystawić mnie w turnieju niższej kategorii, chociaż póki co nic mi o tym nie wiadomo. Naturalnie ważę ok. 87 kg. I pewnie bliżej byłoby mi wagi Nitro. Ale już wygrałem turniej Open, co trochę odsunęło mnie od tej niższej wagi. Przynajmniej takie mam wrażenie.
Turnieje powinny być jednak dla mniej znanych i o mniejszym dorobku zawodników?
Ich celem powinno być wyłonienie nowych, obiecujących zawodników. Chociaż kiedy ja przystępowałem do turnieju, miałem siedem walk dla GROMDY, więc już z pewnym doświadczeniem. Nie miałem zaliczonego startu turniejowego, co niektórzy mi zarzucali. Chodzi o tych będących dalej w rankingu.
Mówili o tym w cztery oczy?
Nie, nikt. Pojawiały się komentarze w internecie. Generalnie to docierało do mnie pocztą pantoflową.
Ostatni turniej GROMDY to marzec 2025 i Twoje zwycięstwo. Jak wspominasz poszczególne walki?
To zwycięstwo nie dało mi takiej satysfakcji jak… przegrana we wrześniu. A to dlatego, że taką suchą stopą przeszedłem przez turniej. Pierwsza walka potrwała 25 sekund łącznie z liczeniem do dziesięciu. W drugiej zabrakło kilku sekund, by nie wyszła poza pierwszą rundę. Trzy-cztery nokdauny i było po sprawie. Rywal nie wstał z ziemi. Stoczyłem dwa, zamiast trzech pojedynków ze względu na kontuzje zawodników. Więc półfinał był już finałem. Mimo że byłem chyba najlżejszy i najmniejszy gabarytowo to zdecydowanie zwyciężyłem z gośćmi ważącymi 115 i 122 kg.
Czyli co Tobie dała wygrana turniejowa?
Tak wewnętrznie niezbyt dużo, ale było to przekonanie, że zrobiłem swoją robotę jak należy i turniej został odhaczony. Dołożyłem go do swojego fighterskiego CV. I nie będą mi zarzucać, że nie biłem się w turnieju.
Na najbliższej gali będzie walka mistrzowska, kogo się w niej spodziewasz?
Zapewne LUTA i ZIOMUŚ o pas mistrzowski. Dwóch mocnych zawodników, obaj z konkretnymi atutami. To goście, którzy nie odpuszczą nawet na moment. Zawsze jestem obiektywny, w tym przypadku stawiam 50-50. Pozytywne osoby, mamy dobry kontakt.
Jaki był dla SCARFACE’A rok 2025 w GROMDZIE?
Biłem się 4 razy, chociaż planowałem 3. Dwie porażki z rzędu, po wrześniowej też grudniowa, można powiedzieć na własne życzenie. Zlekceważyłem przeciwnika. Pierwotnie miałem do końca roku nie sparować i nie przeciążać rąk. Ale nie potrafię odmawiać i zgodziłem się na czwartą walkę. Zabrakło konkretnego przygotowania. Staram się jednak szukać pozytywów, mimo że straciłem nieskazitelny rekord. Cieszę się, że mogę rywalizować, że jadę dalej i wciągnąłem się w tą sportową przemoc. Marcową galę obejrzałem z pierwszego rzędu i teraz jaram się na 29 maja. A potem pierwsze od dziewięciu lat wakacje z rodziną. Wcześniej zawsze trenowałem, podczas gdy inni wyjeżdżali i odpoczywali. A nawet jeśli miałem chwilę wytchnienia, to wieczorem wracałem na trening.
W Wielkanoc trochę odpocząłeś?
Dla mnie poniedziałek to poniedziałek, czyli czas działania. A zatem w poniedziałek Wielkanocny przebiegłem 5 kilometrów, później miałem trening techniczny ze swoim trenerem, a na koniec siłownię.
Jakiego życzyłbyś sobie sportowo 2026 roku?
Chyba jak najbardziej zaskakującego. Schematy, których używałem w walce, wracają do gry. Jestem dobrej myśli. To będzie fajne odświeżenie. Oby też dopisywało zdrowie moje i przeciwników. Jak najmniej kontuzji, mimo profesji, którą wykonujemy.